Dzisiaj znalazłam na chodniku portfel. Nikogo wokół nie było. Śpieszyłam się na szkolenie, więc zabrałam go ze sobą, by potem znaleźć właściciela. W portfelu wyszukałam kartę bankową z imieniem i nazwiskiem. Odetchnęłam z ulgą, bo przynajmniej były jakieś dane. Po szkoleniu przeszukałam portfel jeszcze dokładniej i znalazłam dowód nadania listu poleconego. Imię i nazwisko nadawcy pokrywało się z imieniem i nazwiskiem z karty, a do tego był adres zamieszkania. Bingo!

Zastanawiałam się, co mam zrobić: zanieść portfel na komisariat i pozwolić kobiecie (właścicielce portfela), by martwiła się do rana, czy zaryzykować i oddać portfel osobiście, by już spokojnie spała. Ci, co mnie znają, będą wiedzieli, jaką decyzję podjęłam. J Oczywiście zaryzykowałam! Czym? Po głowie biegały mi między innymi takie myśli:

– a jeśli da mi w zęby, myśląc, że to ja ukradłam Jej portfel?

– a jeśli spotkają mnie jakieś nieprzyjemności?

– po czym poznam, że to jest portfel tej osoby, która go będzie chciała wziąć?

Domofon odebrała kobieta. Powiedziałam kogo szukam i w jakiej sprawie, poprosiłam o zejście na dół. Na moje szczęście Pani okazała się sympatyczną kobietą i – ku mojej radości – nie zamartwiała się, że nie ma portfela, bo nie spostrzegła jeszcze, że go zgubiła. Poprosiłam o podanie paru szczegółów dotyczących znaleziska i z ulgą oddałam portfel. Moja nowa znajoma chciała mi dać przynajmniej parę złotych za zwrot zguby. Podziękowałam i odmówiłam, ale w zamian dałam Jej swoją wizytówkę z prośbą, gdyby kiedyś może ktoś potrzebował trenera, doradcy biznesowego lub coacha, to żeby o mnie wspomniała.

Powiedziałam Jej też, że kiedyś zgubiłam sto zł, ale niestety ktoś by musiał mnie odnaleźć tylko po odciskach palców, więc myślę, że żeby wiedział komu oddać, to też by oddał. Poza tym wierzę w to, że dobro do nas powraca. 🙂